Magazyn Lighthouse: architektura to śmiertelnie poważna sprawa - także dla dewelopera i pośrednika

10 października 2021

Autor Filip Springer

Magazyn Lighthouse: architektura to śmiertelnie poważna sprawa - także dla dewelopera i pośrednika

Tak łatwo zapomnieć, że architektura to poważny temat. Zwykle dyskutujemy o niej przy okazji powstania nowej architektonicznej ikony - czegoś, co ma nadać wartość fragmentowi miasta lub dzielnicy. Nowy gmach muzeum, sala koncertowa, przebudowa dworca, galeria handlowa. Może nawet apartamentowiec w reprezentacyjnej części miasta. Wtedy zaczyna się dyskusja i dotyczy ona zwykle tego, jak dany budynek wygląda. 

Nie rozmawiajmy jedynie o architektonicznych bibelotach

Padają opinie: ładny, nieładny. I wówczas właśnie dyskusja umiera. Bo nikt przecież jeszcze nigdy nikogo nie przekonał do tego, że coś jest ładne albo brzydkie. Ale na tym zwykle polega dziś rozmowa Polaków o architekturze. Nic z niej nie wynika, może jedynie refleksja, że to taki niekonieczny temat - przecież bez tych wszystkich efektownych budynków, które powstały w naszych miastach w ostatnich latach, dałoby się żyć. Zabrzmi to może obrazoburczo, ale większość Polaków żyje na co dzień bez Muzeum Historii Żydów POLIN, bez Filharmonii w Szczecinie, bez spektakularnie ukrytego gmachu Muzeum Śląskiego, bez gdańskiego Muzeum II Wojny Światowej. Wiedziemy swoje żywoty bez poczucia niezbędności tych gmachów. A to one  –  reprezentacyjne, efektowne, drogie obiekty – są dziś głównym tematem architektonicznej dyskusji. O nich też przede wszystkim rozprawiają media, nie tylko te branżowe – o miejskich bibelotach. A to sprawia, że tak łatwo jest nam zapomnieć, że architektura to bardzo poważny temat.

W jakich warunkach czytasz ten tekst i jak wpływają one na jego odbiór?

A przecież poza nią nie ma życia. Dopóki nie powstanie pewna i bezpieczna technologia przeniesienia naszych mózgów i świadomości do cyfrowej przestrzeni, dopóty jesteśmy skazani na własną materialność. Żyjemy w trójwymiarowej przestrzeni i w niej realizujemy wszystkie nasze życiowe potrzeby. Odpoczywamy w niej, pracujemy, śpimy i budzimy się, jemy, kochamy się i nienawidzimy. Jesteśmy materialni i jeszcze przez dłuższy czas się to nie zmieni. Nawet nasza ucieczka w cyfrowy świat odbywa się poprzez materialność - musimy czegoś dotknąć, wyjąć telefon z kieszeni, podnieść klapę laptopa, usiąść przed nim. Projektowanie zaś, w tym to dotyczące budynków, jest projektowaniem naszego styku z materialnością. W największym uproszczeniu polega bowiem na wymyślaniu sposobu, w jakim będziemy funkcjonować w przestrzeni. Biorąc pod uwagę fakt, że, jak już zostało powiedziane, od tej przestrzeni nie uciekniemy, wydaje się to dość odpowiedzialne zadanie. Tym właśnie zajmują się projektanci i projektantki – wymyślają, jak będzie działał na nas materialny, przestrzenny świat. Dotyczy to w takim samym stopniu tego, czy wygodnie trzyma nam się łyżeczkę i kubek z poranną kawą, jak i tego, czy przestrzeń, w której czytacie ten tekst, działa na Was dobrze bądź źle. Od tego, czy jest Wam teraz wygodnie, cicho, ciepło, czy nie wieje, czy macie dla siebie odpowiednią ilość miejsca i czy macie ładny widok z okna, zależy także, o zgrozo, odbiór tego tekstu. Jest bowiem duże prawdopodobieństwo, że jeśli czytacie go w warunkach utrudniających koncentrację (zbyt duże zagęszczenie ludzi wokół, hałas, złe zapachy, niewygodna pozycja itd.), możecie nawet nie doczytać go do końca. Nie jest to sprawa życia i śmierci, ale warto sobie uświadomić, że nie tylko możliwość koncentracji na tekście w magazynie, ale też jakość całego naszego życia zależy fundamentalnie od jakości przestrzeni, w jakiej to życie wiedziemy. I o tym właśnie powinna być rozmowa o architekturze - nie tylko o reprezentacyjnych gmachach i rewitalizacji rynku, lecz o tym, czy życie, które wiedziemy w przestrzeni, nie jest czasem zakłócane bądź utrudniane tym, jak ta przestrzeń została zorganizowana. Pandemia brutalnie to obnażyła. Niemalże z dnia na dzień zostaliśmy zamknięci w czterech ścianach, nagle stały się one naszym całym światem. 

Badanie przeprowadzone przez zespół badaczek SWPS dla Otodom wskazało najbardziej newralgiczne punkty dotyczące sytuacji mieszkaniowej respondentek i respondentów podczas pandemii. Jeden z uczestników badania mówi: 

„Przyszło nam siedzieć w pewnym momencie na 37 m2 w 3 osoby, zamknięci cały czas. Nie pomagało to nam, krótko mówiąc. Mieszkanie, które mieliśmy w Śródmieściu było dla nas sypialnią tak naprawdę.” 

 Inna osoba dodaje:

„W momencie, kiedy to <mieszkanie> była sypialnia, bo wyjeżdżałam, było mi wszystko jedno. To było takie zaciśnięcie zębów, ale mniej bolesne. Natomiast w momencie, kiedy to się stało już taką zamkniętą przestrzenią, to było bardzo wyraźne, że nie.”

Czy duży metraż to odpowiedź na wszystkie problemy?

Zarówno przytoczone powyżej głosy, jak i wiele cytowanych w raporcie, choć należą do konkretnych osób, są głosami wielu z nas. Wybrzmiewa w nich wspólnotowe doświadczenie zamknięcia i przymuszenie do często bolesnej refleksji nad przestrzenią, w której się żyje. Z badania jasno wynika, że poziom stresu (i mniejsze poczucie szczęścia) w czasie pandemii miały wyraźny związek z przestrzenią, jaki dana osoba miała do dyspozycji. Przewrotnie jednak to jej percepcja i odpowiednie uporządkowanie były ważniejsze niż konkretny metraż.  Łatwo bowiem wpaść w uproszczenie, że im więcej metrów kwadratowych, tym poczucie zadowolenia z życia większe, a stres spowodowany życiowymi przeciwnościami (także pandemicznymi) mniejszy. Pewnie tak. W dużym mieszkaniu łatwiej się skryć, znaleźć kąt tylko dla siebie i w nim odpoczywać, pracować albo spędzać czas z dziećmi. Nic więc dziwnego, że wśród Polaków, którzy zdecydowali się na przeprowadzkę podczas pandemii, potrzeba większej przestrzeni stanowiła główną motywację (30% respondentów). W dalszej kolejności było zapotrzebowanie na kontakt z naturą (17%) i zmianę stylu życia po długim czasie pandemii (16%). Okazuje się jednak, że nie tylko od metrażu, ale przede wszystkim od sposobu jego zaaranżowania zależało poczucie dobrostanu. Średnia powierzchnia mieszkania wśród tych, którzy już się przeprowadzili, bowiem nie wzrosła, wzrosło natomiast poczucie zadowolenia z niej. Można się więc domyślać, że to nie liczba metrów kwadratowych, a inne czynniki (układ mieszkania, okolica, widok z okna itd.) wpłynęły na odbiór tej nowej przestrzeni i zadowolenie z niej (i życia w ogóle). 

Organizowanie przestrzeni i relacje z innymi

Warto zwrócić uwagę na rolę, jaką w poczuciu zadowolenia z miejsca zamieszkania odgrywała możliwość jego uporządkowania i utrzymywania osiągniętego w ten sposób ładu. Tym właśnie jest architektura – organizowaniem przestrzeni, tak by życie w niej było dobre. W naszej codziennej praktyce działanie architektoniczne polega na porządkowaniu przestrzeni wokół siebie. Decydując się odłożyć książkę na półkę lub na stolik nocny przy łóżku, organizujemy sobie przestrzeń. Gdy nie możemy tego zrobić (bo na nocny stolik nie ma już np. w sypialni miejsca), nasza sprawczość i cierpliwość zostają wystawione na próbę.
Pandemia uświadomiła nam też, jak bardzo jakość naszego życia w danym miejscu zależy od relacji z innymi ludźmi. Wskazują na to także rozmowy z respondentkami i respondentami. Jedna z nich zauważa:

„Nigdy nie brakowało nam przestrzeni, ale jak zaczęła się pandemia i mój mąż był 100% w domu od pierwszego dnia pandemii, to stało się to bardzo uciążliwe dla nas emocjonalnie. Ta nieustanna obecność nas we dwoje dorosłych w domu.”

Podczas innej rozmowy możemy się z kolei dowiedzieć, że:

„Mąż został w domu w pandemii, no i ten konflikt zaczął bardzo silnie narastać. Byliśmy na co dzień w domu, nie wychodził do pracy przez dłuższy czas, nie mieliśmy tego czasu, który daje praca, że on wychodził, a ja sobie jakoś dzień rozplanowuję.”

Ale chodzi tu nie tylko o najbliższych. W czasie lockdownów, zwłaszcza tego pierwszego, gdy najwięcej było w nas niepewności i strachu, poczuliśmy dobitnie, jak bardzo zależymy od naszych współdomowników i sąsiadów. Od ich poczucia odpowiedzialności i gotowości do pomocy. Przecież te wszystkie spontanicznie powstające inicjatywy typu „Widzialna Ręka”, akcje samopomocy, szycie maseczek, noszenie starszym sąsiadom zakupów i pogaduchy na balkonach (i jeszcze koncerty, projekcje filmów, oklaski dla lekarzy) nie wynikały z krystalicznie czystego altruizmu. Zdarzyły się, bo w momencie niepewności i strachu chcieliśmy poczuć, że jesteśmy razem i możemy na sobie polegać. Do tego też służy architektura - buduje i wzmacnia wspólnotę. Wie to każdy i każda, kto z  kilkuletnim dzieckiem bywa na osiedlowym placu zabaw. Nie ma chyba lepszego katalizatora kontaktów między sąsiadami (niektórzy uważają, że równie skuteczne są bardzo poranne spacery z psami). Fakt zaistnienia placu zabaw jest efektem działania architektury – ktoś musiał tę przestrzeń zaprojektować, dochodzi w niej do interakcji (także konfliktów). W efekcie jej zaistnienia ci, którzy z tej przestrzeni korzystają, nie są już dla siebie anonimowi.

Bliskość zieleni: must have szczęśliwego mieszkańca

„Zawsze byłam związana z przyrodą, ale jak zamknęli lasy w zeszłym roku to poczułam, że to już jest gruba przesada, i że się na to po prostu nie zgadzam - mówi jedna z cytowanych w raporcie respondentek - Poczułam, tak na przekór, jeszcze większą potrzebę bycia w tej przyrodzie. Nasiliło mi się to.”

Tak, zamknięcie parków i lasów wiosną 2020 roku to prawdopodobnie jedno z najbardziej pożytecznych działań dla przyrody podjętych przez polityków w ciągu ostatnich trzydziestu lat. Czerwone taśmy przy wejściach do parków, tablice z ostrzeżeniami w lasach i patrole policji wlepiające mandaty za spacery w zieleni uświadomiły nam dobitnie, jak bardzo tej zieleni potrzebujemy.
Głosów wskazujących na potrzebę bliskości z naturą jest w wynikach badania więcej:

 „Mamy działkę 5 minut stąd i też ją kupiliśmy ze względu na pandemię, żeby mieć swój kawałek zieleni i są takie dni, że całe siedzimy na działce.”

„Wspólne prace w ogrodzie, to było dla nas scalające relacyjnie. I to nas utwierdziło, że chcielibyśmy jednak wyprowadzić się do domu, albo do segmentu.”

„Jeszcze przed pandemią mieliśmy działkę rekreacyjną pod Warszawą i nie ukrywam, że mi dużo ta działka dała, tak emocjonalnie.”

Pytani o „mieszkanie marzeń” respondentki i respondenci jednym tchem wymieniają w pierwszej kolejności tereny zielone, bezpieczeństwo okolicy, ogród, balkon. Gdy mówią o widoku z okna, to bez wątpienia liczą, że coś się w tym widoku zazieleni, gdy podkreślają znaczenie jakości powietrza, to z pewnością mają świadomość roli roślin w jej zapewnianiu. To w gruncie rzeczy paradoks, że to, co nazywamy przestrzenią nieludzką, jest zwykle przestrzenią pozbawioną nie-ludzkich istot. Tam, gdzie człowiek postanawia być sam ze sobą i podporządkować wszystko jedynie swoim potrzebom i swojemu byciu, szybko staje się nie do zniesienia. Zabetonowane parkingi, ciasno ustawione bloki z widokiem na kolejne bloki, szerokie, wielopasmowe drogi pełne samochodów. Miejsca nie do życia, a jedynie do trwania. Tak jak potrzebujemy innych ludzi wokół siebie, by czuć się bezpiecznie, tak potrzebujemy też nie-ludzi, by czuć się dobrze. To również wielka lekcja płynąca dla nas z pandemii – zieleń w miastach, na osiedlach, za rogiem, a najlepiej za oknem, nie jest kaprysem i fanaberią, ale jednym z fundamentalnych czynników warunkujących jakość naszego życia. Im więcej drzew, tym bardziej szansa, że będziemy w danym miejscu szczęśliwsi, rośnie.

Szczęście w pojedynkę jest niemożliwe

To chyba najciekawszy wniosek płynący z cytowanego tutaj po wielokroć badania. Niby oczywisty, a jednak musieliśmy doświadczyć pandemii, by to sobie  uświadomić. W pojedynkę nie zapewnimy sobie szczęścia w miejscu, w którym żyjemy. Ono pojawia się zawsze w relacji z innymi. Najczęściej są to ci, z którymi tę przestrzeń dzielimy - współdomownicy. W dalszej kolejności to być może już nieznana nam projektantka, która kiedyś zaaranżowała zajmowane przez nas ciasne, ale ustawne mieszkanie, innym razem urbanista projektujący układ całej dzielnicy. Bywa, że sąsiad, z którym będzie można pogadać o pelargoniach na balkonie, albo inni rodzice okupujący ławki przy osiedlowej piaskownicy. Ale na tym relacje warunkujące nasz dobrostan w przestrzeni się nie kończą. Bo trzeba tu dodać te, które łączą się z zadowoleniem, gdy odsłaniając rano okna, możemy popatrzeć na korony rosnących topoli, a do ulubionego warzywniaka możemy iść przez park pełen kasztanów. Słowem: to, co stanowi o szczęściu ludzi w przestrzeni, jest nieosiągalne dla tych ludzi działających w pojedynkę. Jest nawet nieosiągalne dla instytucjonalnych użytkowników tej przestrzeni. Pojedynczy deweloper czy wspólnota mieszkaniowa nie są w stanie w stu procentach zapewnić  swoim  klientom tego, co respondenci badania opisują jako „mieszkanie marzeń” -  dobrego układu dzielnicy, dostępu do terenów zielonych i usług, sprawnego dojazdu, odpowiedzialnych sąsiadów, drzew za oknem, ciszy i czystego powietrza. Co więcej - tego wszystkiego nie jest w stanie zapewnić nawet samorząd czy państwo. Nie znaczy to jednak, że wszyscy ci aktorzy - poczynając od jednostek, a kończąc na państwie - nie powinni próbować tego szczęścia zapewniać. Muszą mieć jednak świadomość, że jakość przestrzeni i nasze zadowolenie z życia w niej zależą od relacji między nami i współdziałania. To być może najbardziej krzepiąca lekcja z pandemii, która wybrzmiewa między słowami tego raportu. Dowodzi on bowiem dobitnie, że wszelkie pomysły na wznoszenie murów i barier, budowanie bunkrów (tych realnych i tych symbolicznych), które mają nas odgrodzić od niebezpieczeństw, z góry skazane są na niepowodzenie. W umocnionych fortecach tylko przez chwilę poczujemy się bezpiecznie, w silnych wspólnotach i rozsądnie zagospodarowanej przestrzeni, która te wspólnoty umacnia, mamy szansę na odrobinę szczęścia.

Chcesz poczytać magazyn Lighthouse? Najnowszy numer znajdziesz tutaj.

Czytaj również:

 

Artykuł zaktualizowany: 10 października 2021

Udostępnij