Magazyn Lighthouse: Liczy się wymiar

25 lipca 2021

Autor Jakub Głaz

Magazyn Lighthouse: Liczy się wymiar

W Empiku dostępny jest już nowy numer magazynu Lighthouse z konkretną wiedzą z branży nieruchomości. Temat to big data, które można traktować różne, co udowadnia Jakub Głaz, krytyk architektury, który wziął na warsztat...wymiary. Jakie normy kierowały architektami w projektowaniu mieszkań i domów kiedyś i dziś? W jaki sposób zmieniały się wymiary w mieszkaniach? Odpowiadamy poniżej.

Czego dowiesz się z tekstu?

  • Jakie normy kierowały architektami w projektowaniu mieszkań i domów kiedyś i dziś?
  • W jaki sposób zmieniały się normy mieszkaniowe?
  • Czy szczegółowe normy pomagają tworzyć praktyczne i przyjazne mieszkańcom budynki?

Przed ponad trzema laty zniknęły jedne z ostatnich zapisów normujących wielkości i proporcje pomieszczeń w mieszkaniach. Nie obowiązuje już minimalna szerokość kuchni, aneks kuchenny można umieścić nawet w przedpokoju, w łazience nie trzeba wygospodarować miejsca na pralkę, a pokój w kawalerce nie musi już mierzyć co najmniej 16 m2. I choć istnieje jeszcze dolna granica metrażu mieszkania (25 m2), wyraźnie widać schyłek epoki normatywów. Nie jest to wcale dobra wiadomość.

Chaty i pałace

Tak szczegółowe dyrektywy są – a raczej były – unikalną cechą XX wieku. Nigdy wcześniej przepisy równie ściśle (i rygorystycznie) nie określały minimalnych i maksymalnych powierzchni pomieszczeń mieszkalnych, kuchni czy korytarzy, ich wzajemnych proporcji, naświetlania i przewietrzania – tak aby optymalnie dopasować wnętrza do potrzeb i możliwości przeciętnego człowieka.

Oczywiście wcześniej w budynkach trzeba było brać pod uwagę wymiary ludzkiego ciała, ale w podstawowym zakresie. Nad funkcjonalnością dominowały skala i forma (w przypadku ludzi majętnych) lub poziom zamożności czy raczej ubóstwa (w przypadku całej reszty). O ergonomii nikt nie słyszał. Stąd też przeskalowane i niezgrane ze wzrostem lokatorów wnętrza pałaców, a jednocześnie jednoizbowe chaty wielodzietnego chłopstwa, w których trudno było się wyprostować.

Ludzkie ciało i jego wymiary były jednak łączone z architekturą w inny sposób. Wszyscy znamy ikoniczny wizerunek mężczyzny wpisany w kwadrat i koło autorstwa Leonarda da Vinci. Tą ilustracją słynny renesansowy twórca opatrzył opis proporcji ludzkiego ciała zawarty w starożytnym traktacie Witruwiusza O architekturze ksiąg dziesięć. Proporcje te Witruwiusz łączył jednak nie tyle z użytecznością wnętrz mieszkalnych, ile z relacjami elementów kształtujących fasady lub bryły świątyń i innych wielkich budowli. Mimo to człowieka witruwiańskiego, bo takie miano zyskała postać stworzona przez Leonarda, miał zdetronizować dopiero XX wiek.

Umiłowanie funkcjonalności

Zanim tak się stało, w XIX stuleciu do głosu stopniowo zaczęła dochodzić potrzeba większej funkcjonalności. Domy projektowali mężczyźni, ale zarządzały nimi kobiety, dlatego w USA część zamożniejszych „pań domu” konstruktywnie się zbuntowała. W drugiej połowie wieku przeprojektowywały one niewygodne kuchnie i pomieszczenia gospodarcze, dopasowując je do rzeczywistych potrzeb i ułatwiając sobie życie. „Domowe inżynierki”, bo tak je nazywano, o dekady wyprzedziły modernizacyjne działania architektów z początków XX wieku. Ci z kolei starali się odpowiedzieć na znacznie bardziej masowe potrzeby wynikłe z rewolucji przemysłowej.

W XIX wieku gwałtowna migracja do uprzemysłowionych miast zaowocowała mieszkaniową nędzą: ciasnotą, drożyzną i fatalnymi warunkami sanitarnymi w coraz gęściej i wyżej stawianych kamienicach. Niekiedy fabrykanci budowali dla swoich robotników mieszkalne kolonie, zwane osiedlami patronackimi. Rzadko kierowała nimi filantropia, częściej – kalkulacja. Zdali sobie sprawę, że złe warunki mieszkaniowe mają fatalny wpływ m.in. na wydajność i morale robotników. Zespoły skromnej, ale dość funkcjonalnej i higienicznej zabudowy rosły więc najpierw przy fabrykach w Wielkiej Brytanii, a potem w całej Europie (przykładami w Polsce są m.in. Księży Młyn w Łodzi czy katowicki Nikiszowiec). Dla inwestora miały one tę dodatkową zaletę, że silniej wiązały pracowników z zakładem oraz – poprzez różne regulacje – pozwalały sprawować nad nimi większą kontrolę.

Mieszkania w tych osiedlach były jednak dość tradycyjne. Było ich też niewiele, a głód mieszkaniowy nadal rósł, aby osiągnąć swoje apogeum po pierwszej wojnie światowej. Doganiając ducha mechanizacji i racjonalizacji obecnych od dawna w przemyśle, architekci zaczęli inaczej myśleć o projektowaniu. Chcieli budować dużo, tanio i optymalnie, zgodnie z najnowszą wiedzą o higienie i ergonomii. Analizowali sposób użytkowania pokoi i mieszkań, zmieniające się zwyczaje ludzi oraz ich potrzeby.

Wymiary XX wieku

Dopiero wtedy zaczęli proces projektowania domów nie od kształtowania bryły czy fasad, ale od środka, myśląc o przeciętnych użytkownikach. W pierwszych dekadach XX wieku, kreśląc rzuty eksperymentalnych mieszkań, uwzględniali od razu meble, tworzyli funkcjonalne wnęki, zmniejszali kuchnie wyposażane w bardziej praktyczne sprzęty. Nie była to jednak metoda „naukowa” z czasów po drugiej wojnie światowej, jaką znamy z dowcipnego szwedzkiego filmu Historie kuchenne. Żaden badacz nie tkwił w kuchni, by sprawdzić, ile zbędnych kroków i ruchów wykonuje dziennie gospodyni.

Ponownie wiele dobrego zawdzięczamy w tej sferze kobietom, tym razem już nie paniom domu, a dyplomowanym inżynierkom po politechnikach. Pierwsze architektki lepiej czuły domową materię. W 1928 r. Margarete Schütte-Lihotzky zaprojektowała słynną „kuchnię frankfurcką”. Korzystając z logiki kuchni okrętowych (nawiązania do racjonalnych pomieszczeń statków były wtedy częste), rozmieściła ona sensownie sprzęty na planie wydłużonego prostokąta, zadbała o dopasowanie wysokości blatów do wzrostu przeciętnego użytkownika oraz o zawieszenie szafek i półek. Tego typu „kuchnie laboratoria” powielano potem przez dekady w masowym budownictwie. Na polskim gruncie optymalną mikrokuchnię opracowała natomiast Barbara Brukalska dla przedwojennych spółdzielczych bloków w Warszawie.

W kreowaniu nowych standardów opartych na niezbędnych minimach dominowała jednak przed wojną metoda prób i błędów. Weryfikacji założeń służyły osiedla mieszkaniowe realizowane w ramach wystaw nowoczesnej architektury. W tej dziedzinie wielkie zasługi ma niemiecki ruch Werkbundu, który stawiał takie osiedla w miastach ówczesnych Niemiec i Czech (jedno z nich, tzw. WuWa, istnieje we Wrocławiu). Po wystawie mieszkania wynajmowano i badano opinie użytkowników, co dostarczało danych spółdzielniom oraz samorządom budującym zespoły taniej zabudowy.

Maszyna do mieszkania

W kreowanie nowego, rewolucyjnego – także jeśli chodzi o formę – podejścia do mieszkalnictwa wielki wkład mieli również architekci niemieckiej szkoły Bauhausu oraz ruchu nowoczesnego skupionego wokół „apostoła modernizmu” Le Corbusiera. Już przed wojną postulowali oni coraz dalej idącą typizację i prefabrykację opartą na standardach wypracowanych w toku eksperymentów. Samo mieszkanie było postrzegane coraz bardziej technokratycznie. Le Corbusier mówił wprost o domu jako „maszynie do mieszkania”. Opracował też słynny Modulor, system – jak mu się wydawało – optymalnych wymiarów opierających się na postaci człowieka z wyciągniętą w górę ręką. To właśnie Modulor miał być współczesną odpowiedzią na człowieka witruwiańskiego.

Podejście modernistów uwzględniało biologiczne potrzeby człowieka oraz dbało o zdrowie i higienę (nasłonecznienie i wietrzenie miały na celu m.in. zwalczanie powszechnej wówczas gruźlicy). Nie uwzględniało jednak ludzkich przyzwyczajeń i „miękkich”, ale bardzo ważnych aspektów psychologicznych. Mimo wszystkich swoich zalet racjonalna architektura często była odbierana jako „nieludzka”. Aspekt ten był jednak zaniedbywany po drugiej wojnie światowej, gdy modernizm i jego rozwiązania połączone z masową prefabrykacją pozwoliły na szybkie odbudowanie Europy i zapewnienie domów dla powojennego pokolenia „baby boomu”. Wypracowane wcześniej wytyczne i wskazówki stały się narzuconymi w państwowym i spółdzielczym budownictwie nieprzekraczalnymi wartościami minimalnymi oraz, co znacznie gorsze, maksymalnymi.  

Powojenny minimalizm

W podnoszącej się z ruin Polsce do głosu doszedł skrajny minimalizm (nawet w biedniejszej Bułgarii normy były znacznie łagodniejsze). Drastyczna kompresja maksymalnych powierzchni i kubatur nastąpiła w 1959 r. i trwała 15 lat. Dość przyzwoite normatywy z 1954 r. zostały zredukowane. Zgodnie z nimi powstało wiele osiedli z bardzo małymi mieszkaniami określanymi jako M1, M2, M3 itd., w których cyfra oznaczała liczbę mieszkańców. Przykładowo: dwupokojowe M3 mogło mieć najwyżej 38 m2. Dopuszczano ciemne kuchnie. Korekta tych zapisów nastąpiła w 1972 r., a nowy normatyw wszedł w życie dwa lata później (maksimum dla M3: 48 m2). Od tego czasu mieszkania stały się przestronniejsze i bardziej ustawne. Ponadto, jeśli zastosowany system wielkopłytowej konstrukcji pozwalał na usunięcie części ścian i modyfikację układu pomieszczeń, nierzadko mieliśmy do czynienia z projektowaniem lepszym niż obecne. To dobre wrażenie psuje jednak zła jakość wykonawstwa oraz – w przypadku wysokiej zabudowy – przeskalowane, monotonne formy domów.

Systematyczny demontaż systemu normatywów nastąpił po 1990 r. Nadal istnieje oczywiście mnóstwo obostrzeń wynikających z przepisów bezpieczeństwa lub związanych z wielkością drzwi, okien, klatek schodowych itd., ale wnętrza mieszkań od dawna żyją własnym życiem. Kiedy ogląda się dziś kuriozalne rzuty jednostronnie doświetlonych i nieprzewietrzalnych lokali, w których korytarz jest większy od pokoju i nie da się wydzielić kuchni z oknem, powrót do rygorystycznych i sensownych obostrzeń wydaje się bardzo pożądany. Obecnie dysponujemy też znacznie większą liczbą danych, które umiemy odpowiednio weryfikować i przetwarzać. Może pozwolą nam wypracować nowe, „ludzkie” normy w projektowaniu mieszkań i domów. Pod warunkiem jednak, że nie będą – jak dziś – dotyczyły wyłącznie zdolności kredytowej przyszłych nabywców.

Chcesz wiedzieć więcej o magazynie Lighthouse? Odwiedź naszą stronę!

Czytaj również:

Artykuł zaktualizowany: 11 sierpnia 2021

Udostępnij