Od czerwca 2013 r. , kiedy zaczęła obowiązywać tzw. rekomendacja S Komisji Nadzoru Finansowego, kredyty walutowe są w Polsce zjawiskiem prawie nie występującym. Z danych Amron – Sarfin dla Związku Banków Polskich za III kw. 2016 wynika na przykład, że kredyty złotowe w analizowanym okresie stanowiły 98,5 % całości udzielonych kredytów. Z 1,5 % przypadającego na te w obcych walutach kredyty denominowane w euro stanowiły 1,06% wartości wszystkich nowych kredytów hipotecznych, a kredyty we franku szwajcarskim – zaledwie 0,04%..

Jakże inna to sytuacja od tej, którą mieliśmy jeszcze 7- 8 lat temu, kiedy kredyty walutowe święciły w Polsce tryumfy. Oczywiście królował frank szwajcarski ze swoją opinią najbezpieczniejszej i najbardziej stabilnej waluty świata.

Dziś opinia ta brzmi, jak ponury żart, a ci którzy w czasach górki cenowej kredytowali się w złotówce z opinii pechowców awansowali do miana szczęściarzy. Oczywiście są to obiegowe opinie znacznie przesadzone, bowiem w niektórych warunkach i tak całość kosztów kredytowania we franku może być niższa od kosztów w złotym, ale generalnie po przykrych doświadczeniach dobra opinia kredytów walutowych pękła niczym bańka mydlana.

Obecne zasady przyznawania kredytów w walucie obcej są proste. Kredyt taki mogą dostać jedynie osoby, które w danej walucie zarabiają. Mówi o tym wspomniana już rekomendacja S Komisji Nadzoru Finansowego: Bank powinien wyeliminować ryzyko walutowe klienta detalicznego poprzez zapewnienie w odniesieniu do nowo udzielanych kredytów pełnej zgodności waluty ekspozycji i przychodów, z których będzie ona spłacana. W przypadku klientów (lub gospodarstw domowych) uzyskujących dochód w kilku walutach bank powinien zapewnić zgodność waluty kredytu z walutą, w której kredytobiorca (lub gospodarstwo domowe) uzyskuje najwyższe dochody z przyjmowanych do kalkulacji zdolności kredytowej a w przypadku pozostałych walut bank powinien założyć ich deprecjację o 20 %. (...) Kredyty walutowe, indeksowane lub denominowane w walutach obcych powinny być produktem oferowanym wyłącznie klientom uzyskującym trwałe dochody w walucie kredytu, zapewniające regularną obsługę i spłatę kredytu”.

Już sam ten wymóg przekreśla możliwość starania się o taki kredyt dla milionów potencjalnych klientów.

Co jednak w sytuacji, gdy rzeczywiście zarabiamy w franku, euro czy dolarze?

O kredyt mamy szansę, ale nie mamy co liczyć na niskie koszty. Banki w takiej sytuacji najprawdopodobniej będą oczekiwać od nas przedstawienia większego wkładu własnego (nawet 40 proc.). Możemy spodziewać się też wyższej marży.

 

 

Druga sprawa to dostępność takich kredytów – znacznie ograniczona.  Najłatwiej będzie nam się kredytować w euro czy dolarze. Znacznie trudniej w mniej popularnych walutach. Problem mogą mieć np. emigranci do UK. Kredyty w funtach są dostępne jedynie w kilku bankach.

Choć kredytowanie się w obcej walucie nie jest dziś popularne, a banki postrzegają je niezbyt chętnie, nie oznacza to, że takie rozwiązanie jest automatycznie nieopłacalne. Mimo, że marże takich kredytów są z reguły znacznie wyższe niż złotowych, finalnie i tak kredyt tego typu może być bardziej opłacalny. Wszystko przez niższe oprocentowanie.

W strefie euro mamy obecnie ujemne stopy procentowe. Wskaźnik EURIBOR, po którym największe banki strefy pożyczają walutę innym bankom, wynosi obecnie minus 0,29 proc. (EURIBOR 3M). Może to oznaczać, że po dodaniu marży polskiego banku, całościowy koszt kredytu okaże się niższy niż w złotym.

Jeśli zarabiamy w złotówkach, droga do zaciągnięcia takiego kredytu jest oczywiście bardzo trudna. Nie jest jednak niemożliwa. Rozwiązaniem może być zaciągnięcie zobowiązania z drugą osobą, która w obcej walucie zarabia. W takiej sytuacji bank jako walutę kredytu przyjmie tę, w której dochód jest wyższy.

 

CZYTAJ WIĘCEJ O FINANSACH W OTODOM